• Masz prawo być taki, jaki jesteś!

    "Ilu palaczy nadal by paliło, gdyby za każdym razem, gdy się zaciągają wkładali sobie do ust płoniący koniec papierosa?" - powiedział kiedyś Albert Ellis, twórca REBT - racjonalno-emotywnej terapii behawioralnej. Wniósł on niemały wkład do myślenia w terapii, która w głównym pakiecie filozofii życia odrzuca wszelkie "powinienem" i "muszę".

    Człowiek wybiera to,co w sobie konstruuje i rekonstruuje - przygnębia się, strofuje, napina wbrew rzeczywistości i jednocześnie utrwala w sobie głęboko pesymistyczne przekonania. Gdyby przyjrzeć się ludzkiemu patrzeniu w stylu "Ponieważ już tyle razy mi się nie powiodło w tej ważnej sprawie, jestem do niczego, chyba już zawsze będę przegrywał i nigdy nie będę szczęśliwy" można zobaczyć ukryty pogląd "Nie wolno mi nigdy zawieść w ważnej sprawie, w przeciwnym razie jestem kompletnie do niczego, zawsze będę przegrywać i nigdy nie będę szczęśliwy". Kiedy stawiasz siebie pod ścianą takich nacisków, zupełnie nie dopuszczając do głosu zewnętrznych okoliczności czy sytuacji, że czasem coś idzie nie pomyśli, nie zawsze tak jak sobie to widzieliśmy i zaplanowaliśmy, zmniejszasz własne poczucie bezpieczeństwa, czujesz się zagrożony i wpadasz w skłonności do snucia negatywnych myśli i działań.

    Ludzie są więc więźniami świadomych i nieświadomych przymusów, żądań i wymagań, krótkoterminowa terapia Ellisa miała być poprzez cierpliwe i usilne dyskutowanie antidotum. W jaki sposób? Przez pokazywanie, że z rozsądnego punktu widzenia "nie udało mi się', "jestem nieudacznikiem" czy "w ogóle jestem złym człowiekiem" to niepotrzebny autosabotaż. Nic tak nie wyczerpuje energii do działania jak wewnętrzne wymogi. Sprawiają, że ludzie w niezdrowy sposób, samoniszczący wpadają w panikę, depresję, wściekłość, nienawiść do samych siebie. Ich uczucia wobec przeciwności łatwo stają się głównie negatywne. Uczucia jak pokazywał Ellis, jakich doznają wobec trudności, są związane z rozsądną preferencją, by przeciwności nigdy nie wystąpiły i z niemądrym żądaniem, aby trudności i przeciwności przestały istnieć.

    REBT uwalnia od ogromnego napięcia i wyczulenia na własne zło, które zasmuca i całkiem przekreśla odbierając żywotność i radość chwil. Głosi fajną mądrość: LUDZIE MAJĄ PRAWO BŁĄDZIĆ. Wszyscy są tylko ludźmi wobec czego są skłonni do upadku. Robią , czynią coś złego. Ich złe czyny nie przekreślają ich jednak całkiem jako ludzi. Nie nakłania to, myślę, do nihilizmu, działania na szkodę komuś i luźnego wybaczania sobie za to czy swobodnego podejścia do tego, co dobre i złe a umożliwia lepsze wniknięcie w swoje położenie. REBT uczy, że ludzie powinni traktować życie poważnie, ale nie nazbyt serio i że ważne jest nagradzanie siebie.

    Może kiedy to czytasz, jesteś zmęczony "JA MUSZĘ, NIE WOLNO MI". Muszę radzić sobie dobrze, Muszę zyskiwać aprobatę ważnych osób, muszę mieć dobre relacje w pracy, muszę świetnie zarządzać emocjami, nie wolno mi wchodzić w konflikty, bo nic dobrego to dla mnie nie niesie, nie wolno mi mieć w sobie złości i niechęci, bo to brzydkie emocje itp itd. Dobre radzenie sobie i przyzwoite funkcjonowanie jest faktycznie ważne, ale nie może odbywać się kosztem wstrętu do własnej osoby, fobii czy depresji. Nie da się nie popełniać błędów i nie da się nagiąć rzeczywistości, która bywa brutalna niezależnie od naszych starań.
    Nie od dziś wiadomo, że lepiej funkcjonuje się w tym świecie, tym którzy potrafią powściągać swoje emocje. Michenbaum, ważny dla Ellisa daje cenny zbiór podpowiedzi w trudnościach:

    → Przeanalizuj ważne sytuacje wymagające rozwiązania
    → Nie zabieraj się do rozwiązywania zbyt wielu rzeczy zbyt szybko
    → Rozważaj rozwiązania najlepsze, ale również alternatywne
    → Wypróbuj kilka sposobów na problem
    → Spodziewaj się niepowodzeń, nie upieraj się, że ich nie będzie
    → Nagradzaj się za starania, nawet jeśli plany się nie powiodą

    Jak każda terapia i ta jest walką o nastawienie pacjenta. Na co może liczyć pacjent? Na pewno na pokazywanie mu, że ma zdolności i dobre cechy a także, że zachowania niewłaściwe dotyczą tylko części, a nie całości ich działania. Terapia jest miejscem, gdzie człowiek może się poczuć akceptowany w pełni łącznie z niewłaściwymi myślami, uczuciami i czynami i dać sobie zaszczepić myślenie o jeszcze lepszym radzeniu sobie teraz i w przyszłości. REBT zachęca do zmian w rodzinie i w środowisku pracy, sprzyjających ograniczeniu rywalizacji i odrzucenia przez innych.

    Więcej
  • Standard - przyjaciel czy wróg?

    Wymogi, wyśrubowane standardy, zadania, ustawione poprzeczki, wygórowane oczekiwania, wywindowane w kosmos wymagania... i w tym wszystkim: Ty i Twoje realne zmęczenie i poziom wykonania na miarę Twoich możliwości.

    Rozdźwięk między tym, co jest możliwe i realne a ideałem, jakiego np. oczekuje pracodawca może przyjąć łatwo postać mobbingu. Trudny do udowodnienia w sądzie pracy, bezwzględnie i bezspornie zabiera poczucie szczęścia, satysfakcji z pracy, wyciska siódme poty i wciska w tryb ciągłego zmęczenia i niezadowolenia. Jeszcze w 1953 Edward Bibring w swojej psychodynamicznej koncepcji depresji pokazywał, że stany melancholii są pochodną napięcia między ideałami a rzeczywistością. Ideałem postępowania są u niego aspiracje: bycia wartościowym i kochanym, silnym i lepszym oraz dobrym i kochającym. Przeżywanie siebie jako kogoś, kto tym świętym standardom nie jest w stanie sprostać, może doprowadzić do klinicznej depresji. Przyjrzyjmy się co to właściwie takiego jest ten standard, który nie jednemu odebrał radość życia albo i zdrowie.

    Jeszcze chwilę o aspiracjach Bibringa. Standard bycia wartościowym i kochanym jest o tyle wymyśloną konstrukcją, że zależy od opinii, ocen, oczu innych. Chcemy i lubimy myśleć o sobie, że reprezentujemy sobą ważne wartości. To pomaga w relacjach z ludźmi. Staramy się często tak żyć, aby za takich ludzi uchodzić. Chcemy być postrzegani jako ludzie z pewną drabiną wartości i podobnymi ludźmi się otaczać. Kiedy ktoś mówi do mnie "mnie wszyscy lubią" zastanawiam się zawsze co to znaczy wszyscy (kim są ci wszyscy) i czy to na pewno o to chodzi żeby wszyscy nas lubili. Czy na pewno poczucie, że dla jakiejś ogromnej, nieokreślonej liczby osób jestem ważny jest lepsze niż bycie ważnym dla znacznie mniejszej, ale za to sprawdzonej grupki przyjaciół? W świecie dorosłych jakoś tak już jest, że jednym jest do siebie bliżej, innym dalej. Czasem osoba bardzo lubiana, tylko dlatego właśnie może mieć wrogów. Wystarczy, że ktoś ma problem z własną atrakcyjnością w grupie i czuje się zbyt zazdrosny, by kolegować się z kimś szczerze.
    Pewnie, że lepiej być kochanym niż nie być, ale czy rzeczywiście przez wszystkich. Może radość i wdzięczność budzi już bycie kochanym przez jedną najbliższą osobę albo nadzieja i szczere dążenie do bycia pokochanym przez Kogoś - właśnie przez duże k w przyszłości?

    Świat, w którym żyjemy obfituje w trudności i sprzeczności. Kiedy to czytasz być może sam czujesz się przemęczony rywalizacją w pracy? O wszystko dziś się walczy, zabiega, konkuruje. Z drugiej strony grupy nie lubią konfliktów: albo nie potrafią konstruktywnie im wychodzić naprzeciw, negocjować, obrażają zamiast popierać, kontrować, perswadować innym swoje zdania z taktem albo też duszą w zarodku konflikty, które mogłyby zepsuć klimat. Masz być silny i lepszy - brzmi jak tekst z jakiegoś słabszego nlp. Jeszcze tylko przez wielokrotne powtarzanie wdrukuje się w głowę i proszę bardzo można podbić świat. Jak silny masz być. Lepszy? Od kogo? Jeszcze lepszy niż jesteś czy lepszy, bo w niedomówieniu słabizna z Ciebie?
    A co gdybyś był taki, jaki jesteś bo to całkiem w porządku? Nie dając się manipulacyjnym zabiegom, budujesz własne poczucie wolności i niezależności. A jeśli czujesz się wystarczająco kochany, wystarczająco wartościowy w swoich wyborach, wystarczająco silny i wystarczająco dobry? Kiedy czujesz, że wszystkiego jest w Tobie tak akurat, dajesz odpór wszystkim manipulacjom i nie łatwo komukolwiek dobrać się do Twojej skóry i kieszeni.

    Standard bycia dobrym i kochającym może też lepiej zamienić na zwykłe bycie wystarczająco dobrym i kochającym. Właściwie czemu by nie? Świat ciągle krzyczy do i na Ciebie, co musisz koniecznie kupić, mieć, zdobyć, chcieć, robić i jaki masz absolutnie nie być. Nie sztuka buntować się przeciwko wszystkim normom, zasadom i konwenansom. Sztuką jest przestrzegać bezpieczeństwa tam, gdzie to konieczne dla życia i zdrowia a pozwalać sobie na kreatywność i szaleństwo, wyznaczać własne standardy według swoich pragnień, potrzeb, uzdolnień.
    Słownik języka polskiego objaśnia, że standard to "przeciętna norma, przeciętny typ; model; wyrób odpowiadający określonym wymogom; wzorzec". Niesie to fajną, dobrą odpowiedź, że jest coś między czymś niskim, mało ambitnym a wysokim, zbyt podkręconym w górę - że przeciętność, w czasach w których prawie każdy chce pokazać się jako wyjątkowy i inny od gawiedzi, płytkiej i szarej masy może mieć swoją wartość.

    Więcej
  • Warto podchodzić do życia jak do podróży

    Jesteś podróżnikiem. Zaskoczony? Zaskoczona? Doświadczając życia, wchodząc w różne jego sytuacje, odkrywając swoje możliwości, potencjał zdrowia, przeprowadzając siebie przez wąskie kładki nad groźnymi wodospadami niepewności i zagrożenia dla ego - chcąc nie chcąc jesteś w nieustannej podróży. Z jednej sytuacji w drugą, choć czasem oddajesz swój bilet.

    Aby wyruszyć do nowego, musisz zdobyć się na pozostawienie za sobą dotychczasowej: znanej i pewnej sytuacji. Każdorazowe poważenie się na pierwszy krok do zmiany to wielka wygrana z obawami, lękami, martwieniem się na zaś. Być może miałeś/miałaś od życia wsparcie od początku w postaci rodziców, bliskich, rodzeństwa. Ludzi, którzy jako nasze najpotrzebniejsze przez cały czas Lustra odbijali i odbijają, odzwierciedlają mocne strony, dobre cechy, wiarę w powodzenie. Jeśli nie i było Ci pod górkę nic straconego. Życie jest też poszukiwaniem i trafianiem na ludzi, którzy chcą widzieć nas więcej, szczęśliwiej a może dają nawet wilczy bilet do lepszego jutra.

    Pozwalaj sobie kierować się i odnajdywać: prawdziwością, prostotą, oddaniem i zaufaniem, czystością, zadziwieniem, chęcią i radością życia, życiową odwagą, kreatywnością. Opiekuj się swoimi trudnymi kawałkami. Nie ponaglaj i nie popychaj siebie! Nie ścigaj się z ludźmi dla samej rywalizacji, dla kopnięcia w łatwo ranione dziecko wewnętrzne. Nie sposób tak, przecież odkryć siebie.

    Kiedy się wybierasz gdzieś na dłużej, pakujesz plecak i bierzesz mapę. Chcesz gdzieś dojść, zobaczyć to i tamto, nagrać i sfotografować. W życiu też często obierasz pewne cele, masz miejsca, plany zawodowe, marzenia na wakacje i dążysz do ich realizacji. Bycie w kontakcie z tym, czego się chce dla siebie pomaga przetrwać trudne dystanse, zniechęcenia, poddawanie się. Wytrawny podróżnik przed wyruszeniem czyta, dowiaduje się
    i zaznajamia z tradycjami, kulturą, życiem codziennymi i historią miejsca, do którego chce się wybrać.
    O ile łatwiej i swobodniej czujesz się przygotowując i oswajając doświadczenia i cele.

    Możesz czuć się chory i pragnąć wyzdrowieć. W całym chaosie, nieznanym, lęku przed chorobą czy śmiercią obierasz azymut na zdrowie. Zapraszasz siebie do przeżywania każdego dnia z ciekawością i wdzięcznością. Przyciągasz ludzi, budzisz energię, cieszysz się życiem jak podróżą. Szukaj siebie w nowych odsłonach. Nieprawda, że istniejesz tylko kiedy pracujesz. To nieprawda, że jesteś tym, co robisz, że masz tylko wady i nie możesz znaleźć poczucia sensu i szczęścia. I nieprawdą jest też że twoja potrzeba drugiego człowieka nie natknie się już nigdy na podobną u kogoś ważnego dla Ciebie.

    Tworzysz swój świat. Przyciągasz to, o czym nieustannie myślisz, czemu poświęcasz mnóstwo czasu i energii. Jeśli tak jest, czemu nie myśleć inaczej - dobrze, perspektywicznie, przychylnie. Widzieć w potrzebach i pragnieniach ich przyjazną obecność - ich ciche lub głośne wskazanie, czego się najbardziej potrzebuje i chce pod słońcem. I właśnie poważyć się na to, co pod słońcem najbardziej upragnione. Powiesz, że chcesz ale się boisz, bo porażka, zbyt wiele za Tobą przegranych,. zbyt wiele doświadczeń, które poszły nie po Twojej myśli, upokorzenia, zranienia. Tym, bardziej znaczące i pokonujące przeszłość jest odważenie się. Weź nowy oddech w płuca, spytaj siebie gdzie chcesz być, jakiego siebie zbudować.

    Na koniec powiem: fakt będziesz czasem doznawał rozczarowań i frustracji. Mówią Ci one coś bardzo ważnego i wcale nie jakąś czyjąś zasłyszaną "prawdę" o byciu nieudacznikiem. Mówią co i gdzie umiejscawiasz na drabinie wartości.

    Więcej
  • Zanim uwierzysz, że jesteś swoją chorobą

    O pewnych zaburzeniach psychicznych mówi się, że są "nieuleczalne" lub "bardzo trudne do wyleczenia". Na dzień dzisiejszy ich mechanizmy powstawania są nie do końca jasne, a skuteczne metody ich leczenia są dość często wynikiem przypadku, a w najlepszym razie - metody prób i błędów. Choć to przykre dla dzisiejszych pacjentów psychiatrycznych, to pacjenci innych dziedzin medycyny też kiedyś mieli ten problem, a chorzy na raka czy AIDS mają go nadal. Dlatego właśnie AIDS, rak czy choroby psychiczne budzą wciąż taki niepokój i obawę wśród społeczeństwa.

    Kiedyś bano się epileptyków, gruźlików czy trędowatych, dziś choroby te leczy się całkiem skutecznie. Trudno jest dziś być „gruźlikiem”, skoro po kilku miesiącach leczenia po chorobie nie ma ani śladu. Nie ma już epileptyków ponieważ chorzy na padaczkę, jeśli biorą regularnie leki, mogą w ogóle nie mieć napadów padaczkowych. Siłą rzeczy obecnie nie boimy się gruźlicy, cholery czy dżumy, choć kiedyś wywoływały one taki popłoch i panikę.

    Niestety psychiatria jest jedną z najmłodszych gałęzi medycyny, pierwsze leki psychotropowe zaczęto stosować w latach 50-tych XX wieku, czyli zaledwie 60 lat temu. W związku z tym, pomimo że rozwija się ona bardzo dynamicznie, to ciągle wiele jest w niej niewiadomych. Ale nie zmienia to faktu, że choroby dziś traktowane jako chroniczne lub „nieuleczalne”, już za kilka lat – mogą takimi przestać być. Przykładem mogą być zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne, kiedyś bardzo trudne do opanowania, obecnie coraz częściej (i z powodzeniem) leczy się psychochirurgicznie.

    Nie należy się więc zbytnio przywiązywać do zaburzeń psychicznych, nawet jeśli lekarze zaproponowali nam diagnozę jednego z nich. Można chorować na schizofrenię, ale nie jest się schizofrenikiem; można mieć anoreksję, nie trzeba jednak być anorektyczką; można mieć depresję, a na co dzień starć być optymistą; można mieć „osobowość borderline”, a na co dzień być sobą, nie borderem. Do tej pory może wszystko wydaje się logiczne i oczywiste, ale sprawa ta ma drugą stronę medalu.

    Po pierwsze każdy potrzebuje jakiejś tożsamości, odpowiedzi na pytania „Kim jestem? Czego mogę oczekiwać od życia?”. Długotrwała choroba niewątpliwie dostarcza nam możliwości definiowania się poprzez nią, ma ogromny wpływ na nasze życie. Osoby „na wózku” też często patrzą na siebie przez jego pryzmat; osoby niesłyszące czy z cukrzycą, astmą - dookreślają siebie tą cechą. Ale jeśli Ci powiem, że mam koleżankę cukrzyczkę lub na wózku – to co o niej wiesz, poza tym, że choruje na jakąś chorobę?.. O jej emocjach i zainteresowaniach nadal nie wiesz zbyt dużo…

    W przypadku chorób psychicznych informacja o tym, że ktoś ma depresję czy schizofrenię może nam dostarczyć pewnych konkretnych informacji o funkcjonowaniu jego psychiki. Same osoby też często nieświadomie chcą się dopasować do przyznanego im stereotypu (bo przecież każdy człowiek potrzebuje jakiejś tożsamości)– „Mam depresję – dlaczego mam starać się być pogodna, skoro to takie trudne?”, „Mam psychozę – jak więc mam panować nad moimi myślami i emocjami?”, „Skoro mi napisali, że jestem uzależniony – to jak mam przestać pić, przecież jestem chory?...”

    W najtrudniejszej sytuacji są osoby młode, które intensywnie szukają wiedzy o sobie i bardzo chcą móc się jakoś określić. Przygotowują się przecież do wejścia w dorosłe życie, w dorosłe role społeczne, muszą nadać swojemu życiu jakiś kierunek i sens. Zaproponowanie młodej osobie diagnozy psychiatrycznej niechybnie łączy się z przyjęciem przez nią nowej, stygmatyzującej, tożsamości. Dlatego nastolatkowie i młodzi dorośli tworzą fora dyskusyjne dla na temat nerwicy czy choroby dwubiegunowej… Z jednej strony to bardzo dobre, że się organizują, próbują sobie jakoś wspólnie pomóc, ale z drugiej strony może to pogłębiać ich identyfikację z chorobą i przyjmowanie błędnej tożsamości (np. strony pro-ana, promujące anoreksję jako świadomy wybór i "styl życia").

    Ponieważ nawet jeśli spełniasz wszystkie możliwe kryteria diagnostyczne anoreksji, schizofrenii paranoidalnej, fobii społecznej, nerwicy natręctw czy osobowości narcystycznej, nie znaczy to jeszcze, że dana choroba to Ty. Możesz nawet czuć, że nie ma w Tobie nic poza chorobą, żadnego zdrowego elementu, ale pod tą powierzchnią ciągle jesteś Ty, który chce być szczęśliwy, cieszyć się życiem, realizować i spełniać marzenia. To jesteś Ty. Nie te myśli, które podsuwa Ci choroba. Musisz świadomie analizować swoje uczucia i przekonania i oddzielać siebie od nie-siebie. W ten sposób, metodą małych kroków, stopniowo będziesz przybliżać się do zdrowia i do prawdziwego „Ja”. Oczywiście, z pomocą lekarza i terapeuty. Udając, że nie chorujesz i odstawiając leki, wcale nie stajesz się zdrowy. Przeciwnie – tracisz czujność i wgląd w siebie – a to świetna pożywka do kolejnego, jeszcze gorszego nawrotu choroby. Ale niech to, że korzystasz z pomocy lekarza/terapeuty, nie będzie dla Ciebie potwierdzeniem swojej chorobowej tożsamości, a jedynie dowodem na to, że dążysz do zdrowia, normalności i szczęścia.

    Być może dzięki psychoterapii uda ci się całkiem pozbyć swoich dysfunkcji. Jeśli masz nerwicę lub zaburzenia osobowości – jest to bardzo prawdopodobne. Jeśli masz schizofrenię lub ChAD – psychoterapia i wgląd w siebie pomogą Ci panować nad swoją chorobą, a jej ewentualne kolejne epizody będą dużo słabsze niż te, przed terapią.

    Być może nigdy nie odstawisz leków, ale nawet wtedy - jeśli będziesz współpracował ze swoim lekarzem - możesz żyć tak, jak osoby z cukrzycą czy niedoczynnością tarczycy. Normalnie.

    Pielęgnuj swoje uzdolnienia; nie zakopuj marzeń. Nie poddawaj się pomimo przeciwności. Dąż do szczęścia. Jeśli będziesz wytrwały, na pewno je znajdziesz.

    Więcej
  • Wiara w siebie. Dlaczego tak trudno wierzyć
    nam w siebie? Czym jest i jak z odwagą sięgać
    po metafizyczne placebo?

    Niebawem do Polski zawita ze swoim wystąpieniem Nick Vujcic. To świetny mówca cierpiący na rzadką chorobę: fokomelię - urodził się bez kończyn. Kiedy jakiś czas temu czytałam jego książkę "Bez nóg, bez rąk, bez ograniczeń" wydawało mi się, że ona właśnie o tym jest - o niesamowitej, niepatrzącej zbyt długo na dołki i realne przeszkody oraz na przekór bliskim i ich obawom: jednym słowem o wierze w siebie. Ilu z nas nie ma nawet w planach napisania książki, a człowiek bez dłoni i palców, opanowujących klawiaturę, pisze z sukcesem. Jeszcze jako zupełnie młody człowiek, któremu ojciec pomaga zamontować niskie urządzenie prysznicowe, by mógł funkcjonować samodzielnie marzy o zawodzie coacha, ulubieńca tłumów. I wbrew rodzicom, którzy widzieli go w bezpiecznej pracy księgowego, wbrew bratu, który zawoził go na pierwsze wykłady w pustych salach, gromadzi tłumy, podróżuje, dodaje otuchy najciężej chorym i doświadczonym przez biedę i los. Młody potomek emigrantów z Jugosławii w Australii, jak powiedział tak zrobił.
    Tak, mu się krok po kroku ziściło w życiu. Także w osobistym: przepowiedział sobie zdrową i piękną kobietę. Zdrowe dziecko. Kiedy czyta się takie historie życia jak Nicka rodzi się niejedno pytanie w głowie. Jak to w ogóle możliwe? Jak utrzymać w sobie poczucie niezmąconej wiary w siebie przy niepowodzeniach, dotkliwych zakrętach losu? Jak zamknąć oczy na ściągające energię w dół doświadczenia a otwierać je naprawdę szeroko i koncentrować wysiłki na wierze w najlepszy sen-marzenie dla siebie?

    Wiara, że coś lepszego jest mi pisane ratuje w czarnych chwilach. Nadzieja, otucha, poruszenie z byciem dobrej myśli pozwala utrzymywać się w dobrym, stabilnym nastroju. Kiedy tego brakuje umysł i ciało samo zaczyna się upominać, że jest mu źle, że się męczy. Niby to wszystko takie oczywiste i wynikające z siebie, a dosyć mało poświęcamy czasu na celebrowanie bycia w kontakcie z własnym poczuciem wartości.

    Co to właściwie znaczy wierzyć w siebie? Jeśli ktoś w nas uwierzył pierwszy, sprawa jest prosta. Ktoś z zewnątrz, ważny dla nas z określonych powodów zasiał poczucie pewności, że jest się w czymś naprawdę dobrym, wzbudził odpowiednią dawkę pozytywnych emocji i sensu życia, którego nie odbiorą chwilowe wywrotki i brak wiatru w żaglach. Od dziecka uwewnętrzniamy obraz siebie, a opinia otoczenia jest ważna, zwłaszcza w kontekście rozwoju wiary w siebie w adolescencji. Łatwiej wierzyć w siebie, znając głaski i pochwały. Na własne uszy. Niestety nasza kultura mocno narzekająca, wymagająca i rywalizująca sprawia, że w rodzinach uważa się na komplementy i dobre słowa, w paradnej obawie, że się dziecko rozpuści i popsuje. Gorzej często rodzina przyjmuje narracje, w których za niedościgłe wzory podawani są inni, komplementy, pochwały i zachwyty zbierają inni, swoich się krytykuje. Na szczęście nie jest ona czymś czego nie można w sobie wyrobić.

    Często mówi się, że jesteś tym, co jesz, ale i tym, co myślisz i jak myślisz o sobie. Potęga naszych myśli przewyższa jakąkolwiek tabletkę. Traktowanie siebie jak najbliższego (czy może nam być bliższy ktokolwiek inny? kto jeszcze ma taki dostęp do naszego życia emocjonalnego jak my sami?) człowieka z zasobami należy się nam w stopniu łagodzącym trudy istnienia?

    Więcej
  • Zdrowa przestrzeń dla emocji

    Bez względu na to, jak niektóre umysły ścisłe chętnie by je wyeksterminowały z siebie, emocje są ważną i integralną częścią nas samych. Dobrze regulowane i zarządzane zwiększają nasze poczucie sprawstwa i skuteczności. Ciężko wyjaśnić to komuś właśnie zakochanemu, jeszcze trudniej komuś porzuconemu lub odrzuconemu. Dotyczy to równo szaraków i gwiazdy. Witkacy mistrzowsko odmalował fascynację i wymykanie się emocji rozumowi przez kobietę w "622 upadkach Bunga", inna głośna książka "Po upadku" Arthura Millera była niebywale ostrą próbą rozprawienia się ze śmiercią byłej żony Merylin Monroe, a dzisiejsze rankingi muzyczne prześcigują się w konkursie na najlepszy utwór o miłości. Mieszanka hormonalna zakochanej osoby wyśrubowuje odczuwanie w nieraz psychotyczne czyli rozlane, silne, wezbrane jak potok idealizującą dynamiką rejestry i rejony. Ale nie tylko miłość jest uczuciem, co wie każdy kto choć raz zmuszony był odpowiedzieć na pytanie "co czujesz?", zmuszony do zagłębienia się i wejrzenia w siebie. Wiele z naszych emocji nie ma jednoznacznie pozytywnej intensywności, co nie znaczy że nie nadają naszemu życiu znaczenia, charakteru, możliwości poznawania i rozwijania siebie oraz radości i dobrych relacji z innymi.

    Jest jakiś problem z zakrętami losu, których byśmy nie chcieli. Jakiś z nieoczekiwanymi zdarzeniami, czymś co chętnie nazywamy porażkami lub jeszcze gorzej szukamy owego nieudacznika w sobie. Media, telewizja i historie snute na ulicach lansują sukces. Koniecznie i dobrze jest do czegoś dojść. To, coś na ogół musi być finansowe, materialne. Nie lubimy pazerności ale i skąpstwa. Nie lubimy wad, a czasem ludzi za wady, które potrafią skreślać ich w naszych oczach. Lubimy za to innych, a lubiąc uczymy się i naśladujemy np. sposoby radzenia sobie z trudnościami poprzez poczucie humoru i dystans.

    Trudne emocje jak poczucie frustracji, poniesienia jakiejś porażki, poniesienie straty lub odrzucenia mówią nam jasno, że gdzieś upatrujemy dużą wartość, że jakaś potrzeba będąca w naszym systemie wartości została potraktowana z buta. Jeśli mamy wartości, musimy pogodzić się z poczuciem rozczarowania. Marzenia czasem rozbijają się o tzw. rafę rzeczywistości, ale to nie znaczy że mamy nie marzyć i fantazjować. Ktoś zachowa się wobec nas nietaktownie, zrobi przykrość, uderzy w czuły punkt, ale nie możemy przecież przegrywać życia i zatracać jego smak żyjąc silnym przeświadczeniem, że w końcu i tak każdy bliski człowiek wbije mi silne szpile, odejdzie i zrani.

    Dobrze jest przyglądać się sobie, w tym sensie by wiedzieć które emocje są wiodące, w jakich sytuacjach się pojawiają, by móc je regulować. Szukać dla siebie tego, co powoduje dobre stany, poczucie pasji do życia, samorealizację. W sytuacjach konfliktów temperatura emocjonalna się nie raz zenitu. Wybuchają kłótnie. Nie chodzi o to że są z góry jednoznacznie złe - rzadko coś jest tylko złe lub dobre. Kłótnie mogą być ważnym odgromnikiem w relacji: poprzez rozładowanie napięcia w granicach wzajemnego szacunku przyczyniają się do trwania i umacniania się w więzi. Dziwne i niedziwne, że wiele z nich w parach odbywa się w samochodach - pułapkach dla pasażera, który nie może uciec, a większa władza np. z przyspieszeniem prędkości leży po stronie kierowcy.

    Okrutnym eksperymentem na samym sobie jest wytłumianie własnych emocji. Tłumienie i zaprzeczanie ich jest przyczyną wielu zaburzeń, także zaburzeń więzi. Biologia i wychowanie w naszej kulturze sprawiają, że w kobietach generalnie łatwiej wzbudzić poczucie zagrożenia. Mężczyźni mają za to większy kulturowy kłopot z nazywaniem swoich emocji. Uświadomienie sobie tych prostych faktów, pozwala spojrzeć na siebie nawzajem w swoich rolach żeńskich i męskich z poszanowaniem dla partnera, jego asertywności i na wypracowywanie wspólnego języka komunikacji.

    W naszej kulturze pokutują mity i przekazy, które bardziej szkodzą niż pomagają. Jeden z celujących w małe dzieci to że są emocje brzydkie, których należy się pozbyć jak gniew, agresja i ładne jak spokój typu posłuszeństwo i potulność. Dzieci uczy się do karności, a nie uprawomocnia całej palety emocji. Z tym wiąże się jeszcze jeden przekaz: człowiek w złości przecież brzydko wygląda, nieestetycznie. Nie wolno być złym. Tymczasem świat jest na tyle różnorodny a życie pokomplikowane, że złość się pojawia i łatwiej ją przepracować biorąc byka za rogi i nazywając przyczynę. Lepsze zrozumienie trudnych emocji, wyraźne wyartykułowane prawo do nich pozwala dawać im upust, a nie np. ludzki dramat. Media lubują się w pisaniu o zbrodniach w afekcie i wywiadach z sąsiadami powtarzającymi często jeden przez drugiego jacy to normalni i spokojni ludzie byli i taka tragedia. Panowanie nad własnymi emocjami to lepsze radzenie sobie w relacjach z ludźmi.

    Wiele złego człowiek robi sobie uporaniem się z emocjami na siłę. Brak satysfakcji, kompulsywne monitorowanie własnego stanu, ponaglanie silnej temperatury emocjonalnej do spokoju i ogólnie pośpiech, samokrytyka i daremne próby zmienienia tego, czego zmienić się nie da powodują napływ zwrotnie rosnącej fali nieprzyjemnych uczuć, która przybiera na sile wprost proporcjonalnie do naszej wytrwałości w walce. Nie ma człowieka, który byłby władcą swoich emocji. Zbyt wiele czynników i sytuacji nie zależy od nas, byśmy mogli wybierać w zbudzać tylko te emocje, które dają nam zawsze siłę, energię i radość. Ważne by być uważnym na siebie i na to, w świecie naszego przeżywania. Obserwowanie siebie to mechanizm, który przynosi najlepsze rezultaty.

    Sporym dobrodziejstwem są wszelaki relaksacje, skupienie na oddechu, a słynne 10 minut dziennie Santorskiego dobrego, niezakłóconego relaksu wystarcza by mieć się dobrze. Za emocjami często kryją się ważne wysiłki, starania i myśli. Szacunek dla własnego świata przeżyć i jego nabieranie w stosunku do ludzi, z którymi łącza nas relacje to podstawa dobrych poczuć i trzymania się w zdrowiu.

    Więcej
  • Pozwól swojemu Dziecku odczuwać, Dorosłemu nadawać temu znaczenie, a Rodzica oducz ciągłej
    kary i krytyki.

    Czy mówi Ci drogi czytelniku coś imię i nazwisko Eric Berne (wł. Bernstein)? Zainteresowanych psychologią pewnie wcale już nie dziwi fakt, że budowali ją nierzadko lekarze psychiatrzy: Zygmunt Freud stworzył psychoanalizę, Carl Gustaw Jung, który w pewnym momencie odszedł od swego mistrza i zbudował psychologię głębi, a Jacob Moreno "zaczął, jak owemu mistrzowi epoki - Freudowi podobno wytknął, tam gdzie ten kończył" i wyszedł z ciasnego, redukującego gabinetu, co miało ogromny wkład w socjometrię i psychodramę.
    Nie ma jednej psychologii. Można powiedzieć, że myślenie o człowieku jest pewnym pniem drzewa z którego w różnych, czasem całkiem odmiennych kierunkach wyrastają konary, a potem gałęzie i gałązki. Na takim drzewie psychologicznym jest miejsce dla zgłębiających naturę ludzką: psychologii analitycznej, psychoanalizy, psychologii Gestalt, ale i rozrasta się ono w behawiorystyczne rozgałęzienia brutalnie sprowadzające człowieka do słynnej "czarnej skrzynki" i bycia niczym więcej jak tylko odruchami i reakcjami. Nadal jednak poruszamy się w obszarze: psychologia. "Czarna skrzynka" była efektem myślenia m.in. Burrhusa Skinnera, który odrzucił ważne dla Fritza Perlsa i Gestaltu terminy: osobowość, myśli, sądy, odczucia, pragnienia, fantazje na rzecz upatrywania przyczyn zachowania człowieka w otoczeniu i badaniu głównie szczurów (!!!). Jak dany kierunek psychologii kontrowersyjny by nie był, ile krytyki by nie wzbudzał, zawsze wnosił poważną dawkę teorii i treść poddawaną dyskusji przez największe umysły.
    Ważną gałąź psychologii zagospodarował przez analizę transakcyjną nadmieniony przeze mnie psychiatra Eric Berne. Analiza transakcyjna była wkładem myśli amerykańskiej (podobnie jak behawioryzm, na tym to, co wspólne dla obu się kończy) nie negowała a bazowała na tym, że człowiek ma całkiem pokaźne i złożone wnętrze. Upraszczała i porządkowała chaos i pokomplikowanie emocji w rodzinie poprzez zauważenie, że każdy składa się z trzech stanów "Ja": Dziecka, Dorosłego i Rodzica. Celnie wyłapała sposób przyswajania sobie systemów postaw życiowych wedle których żyjemy czyli tzw. pozycji psychologicznych. Dosyć łatwo dochodzi do wykształcenia szczególnie wrażliwej na przeciążone złymi nawykami i mitami otoczenie pozycji bycia człowieka już jako dziecka nie OK.
    Kiedy się rodzisz, już na starcie masz mniejsze szanse na wszystko. Jesteś sporo mniejszy, tak naprawdę malutki i bezbronny, a na dodatek zdany na łaskę osobników powyżej metra sześćdziesiąt wzrostu, od których zależy Twoje przeżyć i być. Nie wiesz nic o tym jak funkcjonuje świat, ludzie, rodzice, a to oni sprawują nad Tobą władzę rodzicielską (sądząc po tym jak chętnie sięgający po karę i krytykę bywa Rodzic w ludziach, słowo władzę jest lepsze niż pieczę). Mogliby Cię nakarmić na samym początku głaskami na spory czas do przodu, ale najczęściej sami uwikłani w programy typu: "głaskanie i przytulanie szkodzi, bo rozpieszcza i odrealnia dziecko" wzbraniają się przez tak ważnymi gestami. Niektórzy nie dostają głasków ze względu na depresję i wcale nie tak rzadką psychozę poporodową matki, inni nie dostają tego, czego w rodzinach nie przekazuje się z pokolenia na pokolenia a przecież ciężko dawać coś, czego się nigdy nie doświadczyło samemu. Dziecko rosnąc, z czasem radzi sobie z własnymi deficytami i poczuciem bycia nie OK podejmując łagodzące wewnętrzny dysonans: gry nazwane przez Berne'a "Moje lepsze niż Twoje".
    Analiza transakcyjna widząc w tym ważki obszar wyszła do ludzi (powstało wiele poradników jak np. "Ja jestem ok - ty jesteś ok" Thomasa A.Harrisa, a hasło analizy transakcyjnej w wikipedii spore opracowanie teoretyczne). Czym są te stany "ja", wyłapywane i nazywane części każdej osobowości: Dziecko, Dorosły i Rodzic? Dziecko to odczuwanie emocji, impulsywne przeżycia świata wewnętrznego, potrzeby natychmiastowej gratyfikacji, które poskromić potrafi w mądry emocjonalnie czyli budujący sposób Dorosły. Każde dziecko ma już w sobie Dorosłego i częścią wychowania w duchu analizy jest umiejętne komunikowanie się i wzmacnianie tego kawałka osobowości, tak by w siebie wierzyło i radziło sobie w przyszłości. Dorosły obiektywizuje i wzmacnia; Rodzic krytykuje, jest oceniający i wymierza karę. Dorosły powie, że owoc jest niedobry, kiedy ten jest przegniły i nie nadaje się do jedzenia; Rodzic ocenia coś na głos nie bacząc na czyjeś przeżycia wewnętrznego Dziecka.

    Dz to Dziecko, które reprezentuje świat naszych przeżyć
    D to Dorosły, który nadaje znaczenie temu co przeżywamy
    R to Rodzic, który ocenia, krytykuje i wywołuje napięcia

    Analiza transakcyjna wychodzi z podstawowego założenia, że zawsze wchodzimy w transakcje tzn. interakcje naszych części Dz-R-D z takim samym zestawem u innych. Problem w tym, że są to często transakcje krzyżowe, kiedy każda z osób znajduje się w innym stanie ja, odmiennym od oczekiwanego przez partnera. Nieświadomie, dużo częściej czyjś Rodzic atakuje nasze Dziecko albo nasz Dorosły nie może napotkać Dorosłego drugiej strony, wchodząc w potyczkę z Rodzicem lub Dzieckiem. Umiejętne obserwowanie i opracowywanie tego, co się czuje i myśli, pozwala lepiej i czytelniej komunikować swoje potrzeby, radzić sobie z frustracją i trudnościami. Sprawny Dorosły nadaje osobie miejsce w świecie; amortyzuje ''upadki'' i rozczarowania, przepracowuje psychologiczne widzenie: JA NIE JESTEM OK - WY NIE JESTEŚCIE OK (albo WY JESTEŚCIE OK) na JA JESTEM OK - WY JESTEŚCIE OK.
    Jak wszystko, co nie wrodzone wymaga wprawienia się i wyćwiczenia podejścia. Pozwolenie sobie na zarzucenie nieustannego porównywania się, doszukiwania się poczucia bycia lepszym (by załagodzić poczucie gorszości) w odniesieniu do innych wymaga przełączenia się z danych, na szczęście nie raz do końca życia wzorców. Świat jest przecież taki, jakie jest nasze nastawienie i myślenie o nim. Świat jest dokładnie taki, jaki myślimy, że jest. Analiza transakcyjna oferuje pozytywne, intelektualne "placebo" i tym samym wyjście z pułapki zawładnięcia nami słabszymi w relacjach częściami. Przeżywające Dziecko i krytyczny wobec niego Rodzic nie bardzo radzi sobie w świecie, w którym dobrze radzi sobie Dorosły.

    Więcej
  • Kilka tajemnic naszego umysłu.

    Choć nauka o umyśle i procesach poznawczych czyli kognitywistyka ma już dobre 58 lat umysł ludzki nieprzerwanie pozostaje badawczo "studnią bez dna". Jest przedmiotem wciąż nowych odkryć, a niedawne narodziny neuroestetyki tyleż odsłaniają mechanizmy jego działania, co boleśnie obnażają jak wiele jeszcze o nim nie wiemy.
    Mając siebie i tylko siebie za "subiektywne centrum myślenia, czucia i doświadczania" w świecie nie pozostaje nam często nic innego jak żyć w silnym przeświadczeniu, że to, co widzimy, jest bezpośrednią i wierną reprezentacją rzeczywistości. W świetle tego, co już wiemy o umyśle nie jest to jednak takie proste. Spostrzeganie to aktywny proces interpretowania informacji o świecie zatem reakcja na bodźce wizualne nie jest automatyczna i zależy od trzech czynników. Pierwszy to uwaga. Bardziej niż o kierowanie wzroku z jednego przedmiotu na inny chodzi o takie nieświadome psychiczne mechanizmy, które przestawiają umysł o ograniczonej zdolności do przetwarzania informacji, z jednego bodźca na drugi. Pozostałe dwa czynniki, które czasem lubią nas wprowadzać w błąd to: kontekst i nasze doświadczenia. Dzięki nim dokonujemy oceny rzeczywistości.

    Nasz umysł lubi chodzić na manowce sugestii, bardzo łatwo im ulega i wreszcie się do nich dopasowuje. Ciężko uwierzyć w tę brutalną prawdę, ale jednak większość badań naukowców nad wpływem informacji czy efektem placebo ją niestety potwierdza. Eksperyment Salkovskisa i Clarka z 1990 roku pokazał, że zdrowi ludzie, którym zalecono hiperwentylację po udzieleniu negatywnej informacji (dowiedzieli się o ryzyku utraty przytomności), uznali to doświadczenie za nieprzyjemne. Wystarczyło zmienić instrukcję badania i poinformować o pozytywnej informacji podniesienia się stanu ich świadomości, co wskazywałoby na dobre przystosowanie, aby uznali hiperwentylację za rzecz przyjemną. Koncerny farmaceutyczne głowią się i troją wymyślając nowe leki o podwyższonej skuteczności, a nauka wciąż potwierdza wyjaśnienie przeciwbólowe, jakie zapewnia neutralna pigułka, kapsułka lub zwykła witamina C. Niestety nasza podatność na wzbudzenie zdrowia, dobrego samopoczucia i zanikania bólu nie opiera się wpływom negatywnym. Spytacie jak to się dzieje? Dobrze pokazują to mniej cytowane w literaturze badania zespołu napięcia miesiączkowego, przecież syndromu o podłożu czysto biologicznym. Kobiety, którym zasugerowano zbliżanie się menstruacji, zgłaszały psychiczne i fizyczne objawy typowe dla nich przed wystąpieniem okresu, choć w rzeczywistości miała ona nadejść dopiero po tygodniu (Ruble, 1977 za: Salmon, 2002). Pamięć o objawach działa w taki sam sposób, stąd symptomy miesiączkowe funkcjonują w pamięci jako bardziej intensywne niż w rzeczywistości (McFarland i in., 1989 za: Salmon, 2002).

    Kiedy jest nam źle, chcemy przed zasadzkami naszego umysłu uciec. Umysł jednak nie może uciec przed samym sobą. Psychiatra i psychoterapeuta Barry Magid często używa metafory jednoczesnej jazdy na osiołku i uciekania przed nim. Kiedy dokładamy wszelkich starań, aby pozbawić wewnętrzne konflikty, przykre myśli czy szarpiące negatywne emocje władzy nad naszym życiem, utrwalamy je w sobie i sprawiamy że rosną w siłę. Skupiając się na nich i ich eksterminacji z naszego wnętrza, nadajemy in duże znaczenie, przyzwalamy na paraliżowanie naszego systemu poznawczego, a chcąc "wyciąć chirurgicznie" coś, co jest w nas wmontowane, niezależne i wyłania się z nieświadomości sobie tylko znanymi ścieżkami neuronów toczymy z góry przegraną walkę. Jaki jest jeden z najbardziej odkrywczych wglądów psychologicznych? Nie mogę przed sobą uciec, zatem muszę dojść do ładu z takim umysłem, jaki mam. Magid odsłania ważną tajemnicę - remedium na ludzkie wewnętrzne zamęty umysłu: "Jedynym sposobem na zaprzestanie tej szarpaniny jest zostawienie umysłu samemu sobie i pełna akceptacja tego umysłu, który mamy, z całym dobrodziejstwem inwentarza: złością, dualizmem i wszystkim, co tam jest. Kiedy przestajemy się osądzać czy kastrować emocjonalnie, wewnętrzne napięcia i konflikty zaczynają się stopniowo wyciszać".

    Bibliografia:
    Barry Magid (2009) "Koniec pogoni za szczęściem" Wyd. Elay
    Peter Salmon (2002) "Psychologia w medycynie:. Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne

    Więcej
  • Przepis na miłość.
    Kwestionariusz jakości związku.

    Tyle jest definicji miłości, ile ludzi. Tyle indywidualnych historii miłości, ile par najbliższych sobie osób. Każda z tych par ma jakąś receptę na swój związek; jakąś prywatną „instrukcję obsługi” co robić, aby to „bycie razem” było jak najbardziej satysfakcjonujące. Niektórzy mówią, że najważniejszy jest szacunek wobec partnera; inni że szczerość i gotowość do rozmowy. Jeszcze inni uważają, że najważniejsze, to zaakceptować partnera, takim jakim jest, i nie próbować go zmieniać. Jedni w związku szukają bezpieczeństwa i stabilności, inni panicznie boją się rutyny i popadnięcia w znudzenie sobą. Od zarania dziejów natura miłości frapowała poetów i filozofów. Współcześnie psychologia ma już bardzo dużo danych na temat związków intymnych i może z nich wyprowadzać pewne prawidłowości rządzące ludzkimi relacjami miłosnymi.
    Najpopularniejszą w psychologii społecznej koncepcją miłości jest trójczynnikowa koncepcja miłości Roberta Sternberga. Wyróżnił on trzy podstawowe składniki miłości: intymność, namiętność i zaangażowanie. Każdy związek uczuciowy jest kompilacją tych 3 składników, występujących w różnych proporcjach, charakterystycznych dla danego rodzaju lub danej fazy związku.

    Pierwszy z wymienionych składników, intymność, to przyjaźń i bliskość emocjonalna partnerów, lubienie przebywania ze sobą. Intymność to poczucie, że partner stanowi ważny element naszego życia; szacunek dla partnera; chęć opiekowania się nim i pomagania mu w trudnych chwilach. To także poczucie, że samemu też można liczyć na jego pomoc , gdy sami będziemy w potrzebie.
    Dynamika intymności podczas trwania związku jest łagodna: siła uczuć i działań składających się na intymność rośnie powoli, a potem jeszcze wolniej opada. Pozytywne emocje składające się na intymność są wynikiem umiejętności skutecznego komunikowania się partnerów, poczucia wzajemnego zrozumienia, polegania na sobie, udzielania adekwatnego wsparcia i pomocy, kiedy jest to potrzebne. Wszystkie te umiejętności nabywane są z czasem, kiedy partnerzy „docierają się do siebie”, uczą się rozpoznawać swoje potrzeby i oczekiwania i adekwatnie je zaspokajać. W ten sposób partnerzy wykształcają swoiste „scenariusze” wzajemnych kontaktów, czyli pewne stałe ciągi działań w najczęściej powtarzających się sytuacjach.

    Jednocześnie jednak posiadanie tych scenariuszy powoduje automatyzm i rutynę w relacjach, zanik niepewności i niespodzianek, co niestety może być zabójcze dla wzajemnych uczuć. Kolejny składnik , namiętność, jest mieszanką wielu bardzo silnych emocji o zabarwieniu zarówno pozytywnym, jak i negatywnym. To pożądanie, potrzeba maksymalnego połączenia się z partnerem, tkliwość, zachwyt wobec partnera, radość w jego obecności i z jego powodu; ale też zazdrość czy tęsknota, kiedy nie ma go w pobliżu. Namiętność w związku intensywnie rośnie (kiedy się zakochujemy), szybko osiągając swoje maksimum, po czym niemal równie szybko się wypala i całkowicie gaśnie. Ostatni składnik, zaangażowanie, to przyjęcie przez partnerów zobowiązań wobec siebie, to podejmowanie przez nich decyzji nakierunkowanych na przetrwanie związku i wspólne stawianie czoła wszystkim przeciwnościom, jakie związek może napotkać. W przeciwieństwie do namiętności, która prawie w ogóle nie poddaje się świadomej kontroli, i intymności, która poddaje się jej tylko umiarkowanie, zaangażowanie można podporządkować swojej woli i świadomej decyzji.
    Zaangażowanie wzrasta wolniej niż namiętność i intymność, jednak jest w związku najbardziej stabilnym składnikiem. Silne zaangażowanie partnerów (albo tylko jednego z nich) może być jedynym, ale nadal skutecznym czynnikiem podtrzymującym związek. Jednocześnie zaangażowanie jest rezultatem świadomej decyzji i jako takie może zostać w każdej chwili wycofane (np. wtedy gdy bilans zysków i strat uzyskiwanych w danym związku jest ujemny). W sytuacji gdy zaangażowanie to jedyny czynnik podtrzymujący trwanie związku, zanik zaangażowania prowadzi do rozpadu samego związku.

    Rodzaje związków wyodrębnione przez Sternberga na podstawie czynników, które je tworzą, to:
    - lubienie: sama intymność
    - zadurzenie: sama namiętność
    - pusta miłość: samo zaangażowanie
    - romantyczna miłość: intymność i namiętność
    - niedorzeczna miłość: zaangażowanie i namiętność
    - partnerska miłość: zaangażowanie i intymność
    - miłość doskonała: zaangażowanie, intymność i namiętność.

    Z kolei typowe fazy związku miłosnego wg Sternberga to kolejno: zakochanie (tylko namiętność); romantyczne początki (namiętność i intymność); związek kompletny (namiętność, intymność i zaangażowanie); związek przyjacielski (intymność i zaangażowanie, ale już bez namiętności); związek pusty (zaangażowanie, ale już bez intymności); rozpad związku (wycofanie nawet zaangażowania).
    Zakochanie (namiętność) to pierwsza faza każdego związku intymnego. Mimo że wszystkie trzy składniki miłości zaczynają się rozwijać w tym samym czasie (czyli w momencie poznania przyszłego partnera), to namiętność pojawia się najszybciej i najintensywniej. Zakochanie jest więc ślepe, bezkrytyczne i krótkotrwałe, ale daje silną dawkę optymizmu, siły i nadziei. Istotą zakochania jest pragnienie jak najczęstszych i najbliższych kontaktów z obiektem swego uczucia. Jeżeli zakochanie spotyka się z wzajemnością, naturalną konsekwencją częstszych kontaktów jest rozwój intymności – czyli przejście w fazę romantyczne początki. Z chwilą ustabilizowania się związku, np. w wyniku jego zalegalizowania lub wspólnego zamieszkania przez partnerów, mówimy z kolei o związku kompletnym; tworzą go teraz bowiem i namiętność, i intymność, i zaangażowanie. Miłość kompletna jest najbardziej satysfakcjonującą fazą związku miłosnego, jest też najsilniej nasycona emocjami - zarówno pozytywnymi, jak i negatywnymi. Końcem fazy związku kompletnego jest zanik namiętności, niekoniecznie całkowity, ale poniżej poziomu oznaczającego jej dominację w miłosnej relacji. Zanik ten wydaje się być nieuchronny; badania nad długotrwałymi związkami wykazują, że im dłużej trwa małżeństwo, tym słabsza jest miłość romantyczna pomiędzy małżonkami (Cirabalo i in., 1976). Związek przyjacielski, zbudowany z intymności i zaangażowaniu, jest najdłuższą spośród jeszcze satysfakcjonujących faz udanego związku dwojga ludzi. Stopniowe wygasanie intymności prowadzi do fazy związku pustego, w którym jedynym elementem scalającym dwoje ludzi jest wzajemne przyzwyczajenie do siebie i lęk przed samotnością.
    Na szczęście długość fazy związku przyjacielskiego można kontrolować - przy odpowiednim poziomie chęci i umiejętności można bowiem wpływać na natężenia intymności i zaangażowania w związku, tak by nie dopuścić do ich niebezpiecznego spadku. Aby powstrzymać spadek intymności, należy pielęgnować wzajemne przywiązanie, lubienie się, zaufanie, chęć pomagania i otrzymywania pomocy. Musimy zdecydowanie przeciwdziałać nudzie, rutynie i automatyzmowi w traktowaniu partnera. Możemy rozwijać wspólne zainteresowania, podejmować razem nowe aktywności, chodzić na spacery, podróżować, byleby się "nie zasiedzieć w ciepłych kapciach przed telewizorem". Jeśli tylko zależy nam na uratowaniu naszej miłości, nic nie może nam stanąć na przeszkodzie.
    Bibliografia: Bogdan Wojciszke, Psychologia miłości: intymność, namiętność, zaangażowanie, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 1994

    Kwestionariusz jakości związku (Acker i Davis, 1992)

    Instrukcja: Przy każdym twierdzeniu za pomocą 5-stopniowej skali określ, jak bardzo się z nim zgadzasz, wybierając jedną spośród pięciu możliwości: 5 - zdecydowanie zgadzam się; 4 - zgadzam się; 3 - trudno powiedzieć; 2 - nie zgadzam się; 1 - zdecydowanie nie zgadzam się.

    1. Nasz związek jest pełen ciepła i serdeczności.
    2. Nie potrafię wyobrazić sobie innej osoby, poza moim partnerem, która uczyniłaby mnie tak szczęśliwa.
    3. Uważam nasz związek za cos stałego.
    4. Zwierzamy się sobie nawzajem z różnych intymnych spraw.
    5. Nie ma dla mnie nic ważniejszego niż nasz związek.
    6. Pozostałabym razem z moim partnerem nawet w najgorszych trudnościach.
    7. Mocno pragnę uczynić mojego partnera szczęśliwym.
    8. To, co nas łączy, jest bardzo romantyczne.
    9. Moje własne zasady każą mi trwać przy moim partnerze.
    10. Dobrze się wzajemnie rozumiemy.
    11. Nie potrafię sobie wyobrazić, że mogłabym być bez mojego partnera.
    12. Jestem całkowicie pewna swojej miłości do mojego partnera.
    13. Mój partner bardzo mnie wspiera swoimi uczuciami.
    14. Uwielbiam mojego partnera.
    15. Jestem zupełnie pewna, że kocham mojego partnera.
    16. Mogę liczyć na mojego partnera w potrzebie.
    17. Często myślę w ciągu dnia o moim partnerze.
    18. Jestem mocno zaangażowana w utrzymanie naszego związku.
    19. Mój partner może na mnie liczyć w potrzebie.
    20. Sam widok partnera jest dla mnie podniecający.
    21. Nasz związek wynika częściowo z mojej przemyślanej decyzji.
    22. Bardzo sobie cenie obecność mojego partnera w moim życiu.
    23. Mój partner jest dla mnie bardzo pociągający fizycznie.
    24. Nie pozwoliłabym, by cokolwiek przeszkodziło mojemu zaangażowaniu w ten związek.
    25. Chętnie dziele się z moim partnerem wszystkim, co sama posiadam.
    26. Idealizuje mojego partnera.
    27. Jestem pewna trwałości naszego związku.
    28. Przeżywam wiele szczęścia w naszym związku.
    29. Jest coś prawie „zaczarowanego" w naszych stosunkach.
    30. Zawsze czuje się mocno odpowiedzialna za samopoczucie mojego partnera.
    31. Czuje uczuciowa bliskość miedzy nami.
    32. Nasz związek jest bardzo „żywy".
    33. Wierze, że moja miłość do tego partnera będzie trwała do końca życia.
    34. Dostarczam mojemu partnerowi wiele uczuciowego wsparcia.
    35. Bardzo lubię dawać mojemu partnerowi prezenty.
    36. Nie potrafię sobie wyobrazić zerwania naszego związku.

    Obliczanie wyników: Kwestionariusz zawiera trzy grupy twierdzeń (skale), z których każda mierzy jeden z tych składników. Treść twierdzeń składających się na każdą z tych skal ilustruje, na czym polega różnica między trzema omówionymi składnikami miłości.

    Zsumuj i porównaj otrzymane punkty w grupach pytań:

    Intymność: 1, 4, 7, 10, 13, 16, 19, 22, 25, 31, 34;
    Namiętność: 2, 5, 8, 11, 12, 14, 17, 20, 23, 26, 28, 29, 32, 35;
    Zaangażowanie: 3, 6, 9, 15, 18, 21, 24, 27, 30, 33, 36.

    Więcej
  • O napływie silnych emocji niszczących tamy self,
    czyli czym jest kryzys psychotyczny i schizofrenia.

    Mimo powstania mnóstwa filmów, książek a nawet istnienia pewnej mody na słowo: "schizofrenia" (nazwy klubów, kawiarni, piosenek itp.) wciąż pozostaje ona dość tajemniczym, w jakiś sposób zatrważającym zjawiskiem dla młodych o silnym zdrowym ego ludzi. W tym poście spróbuję pokazać czym jest schizofrenia. Przyjrzę się silnym emocjom w psychozie, które bez przyzwolenia na siebie mogą sparaliżować funkcjonowanie.
    Nie ma dwóch takich samych osób cierpiących na schizofrenię. Tym, co wspólne to trudności w budowaniu więzi międzyludzkich. Ich relacjami rządzą: braki, złe emocje, nieufność. Nie ma jednej jasnej przyczyny tej choroby. Nie chodzi bynajmniej o to by obwiniać bliskich chorego, ale warto przyglądnąć się pewnym zaobserwowanym na przestrzeni lat prawidłowościom. Ogromne znaczenie w terapii ma rodzina: interwencje rodzinne w połączeniu z lekami przeciwpsychotycznymi są trzy razy bardziej skuteczne w zapobieganiu nawrotom niż sama farmakoterapia.
    Psychoanaliza upatruje przyczyn we wczesnodziecięcych konfliktach. Pierwszą osobą od której człowiek uczy się siebie jest matka. Wedle hipotezy szkoły norweskiej (m.in.B.Sondin, S.Belin) wystarczy, że ta jest nieszczęśliwa i świadomie lub nieświadomie odczuwa, że dziecko chce jej "coś" zabrać a taki przekaz weźmie górę nad emocjami matczynymi. Chce jej zabrać wolność, czas, który mogłaby poświęcić na samorozwój, pracę; zjawia się i więzi ją w niechcianej roli społecznej na długie lata. Taka niegotowość i niedojrzałość może sprawić, że trudno jej będzie zauważać i zaspakajać potrzeby dziecka, które stanie się wrogiem jej wolności osobistej i jej życia w ogóle. Nie chodzi o jej winę a pewien mechanizm, czasem to pewna nadwrażliwość dziecka potem człowieka wyostrza niepewność bliskiej osoby jako obiektu. Dziecko musi się nauczyć przetrwać przy kimś poranionym, niechętnym mu; bez odzwierciedlania jego potrzeb, emocji czyli w języku psychoanalizy z niepewnym pokarmem psychicznym. Musi się osłaniać, aby przeżyć. Jego świat wewnętrzny to wymuszone bronienie się przed bliskimi lub przyjmowanie wrogiej postawy wobec własnego życia emocjonalnego. W atmosferze napięcia wewnętrznego i lęku ciężko o wytworzenie silnego ego, które dałoby sobie radę z kryzysami rozwojowymi, a potem trudnościami życiowymi dlatego powstaje ego kruche z emocjonalnym wycofaniem się ze świata relacji; rezygnacją ze zmagań z rzeczywistością. Jako istoty społeczne potrzebujemy znaczenia w świecie ważnych dla nas ludzi.
    Człowiek odgradzający się od świata, skazujący się tylko na swój zniszczony świat wewnętrzny i w nim zamknięty zaczyna doświadczać np. urojeń ksobnych. R.D. Laing pokazuje, "że osoba nie wychodzi na ulicę, bo czuje że szepty i pomruki, jakie słyszy, idąc wśród ulicznego tłumu, dotyczą właśnie jej. W barze wybuchy śmiechu za jej plecami spowodowane są żartami na jej temat. Gdy pozna się taką osobę lepiej niż powierzchownie, często się odkrywa, że to co ją gnębi, to nie tyle jej urojenia ksobne ile bolesne podejrzenie, że nie znaczy nic dla nikogo, że nikt właściwie się nią nie interesuje".
    "Ja" osoby dotkniętej schizofrenią nie jest wystarczająco silne, aby zapanować nad emocjami. Trudne sytuacje życiowe budzą tak silne uczucia, rozsadzające wątłe i kruche granice psychiczne występują z brzegów i powodują załamanie.
    Pracując z chorymi często stawiam w trakcie terapii to pytanie: czy to co planujemy, robimy razem sprzyja rozwojowi dojrzałości emocjonalnej człowieka i czy daje mu możliwość wykształcenia oparcia w samym sobie. Życie osoby zmagającej się ze schizofrenią często sprowadza się do uciekania przed bliskimi stosunkami z innymi ludźmi. Na terapeucie ciąży odpowiedzialność budowania długotrwałej, bezpiecznej relacji, jaką rządzi jedyne antidotum na rozszczepienie: zaufanie. Nie mniej ważne jest zachęcanie do poświęcania uwagi własnemu życiu emocjonalnemu.
    Sverker Belin pisze: "oznaką dojrzałości jest umiejętność doznawania wielu uczuć, udzielenia emocjom miejsca we własnym wnętrzu, zdolność radzenia sobie z rozczarowaniami i niespodziankami, wyrobienie takiej stabilności, dzięki której można otwarcie spojrzeć na siebie i rzeczywistość przez pryzmat różnorodności i swobodnie poruszać się w środowisku bez naruszania wewnętrznej równowagi". Jest to pewien ideał myślenia o psychice człowieka w ogóle. Osoby, które zmagają się z tą chorobą mają podskórny śmiertelny strach i ogromną dezorientację. Praca nad poczuciem bezpieczeństwa i tworzeniem granic psychicznych jest już nie lada wyzwaniem. W załamaniu psychotycznym nie są w stanie stanąć z boku i zdystansować się od własnych problemów; nieustannie targa nimi konflikt bezpieczeństwo-przerażenie, życie-śmierć. Trudności w odróżnianiu siebie, zlewaniu z innymi psychoanaliza w latach 50' i 60' upatrywała w subtelnych komunikatach dawanych dziecku jako przedłużeniu kogoś, nie zaś odrębnej kształtującej się jednostce ludzkiej. Powraca tu kwestia ważności traktowania niemowlęcia jako odrębnej, rozwijającej się osoby, która potrzebuje nazywania swoich stanów emocjonalnych.
    Człowiek bez silnych więzi i zastrzyku energii dobrego dzieciństwa na długie lata w swej dynamice będzie się opancerzał, ukrywał w Steinerowskim azylu z osłon przed otwartością i bliskością z drugim człowiekiem. Pod taki patologiczny pancerz bardzo trudno zajrzeć, o ile w ogóle mocno odczuwający, ale mało werbalny, mało nazywający swoje emocje człowiek dopuści kogoś do swojego świata.
    Bibliografia:
    Nancy McWilliams (2009) "Diagnoza psychoanalityczna"
    Glen O. Gabbard (2009) "Psychiatria psychodynamiczna w praktyce klinicznej" Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

    Więcej
  • Muzyka jako źródło pociechy w walce ze stratą, rozstaniem i żałobą

    Każdy kto choć jeden raz w życiu przeżywał bolesną stratę kogoś i żałobę po tej osobie, wie że stany depresyjne potrzebują zrozumienia. "Słowa pocieszenia" w rodzaju "weź się w garść", "musisz", "trzeba", "powinieneś" czy "chorujesz, bo masz czas, więc zajmij ty się lepiej ciężką pracą fizyczną to ci przejdzie" są nie dość, że nie skuteczne to jeszcze brzmią bez taktu i bez głębszego sensu. Bezskuteczne jest także słowo: "nie", które podświadomość eliminuje. Mówienie komuś dystymicznemu "nie martw się" albo "nie smuć się" potęguje tylko wewnętrzny niepokój; zatrzymuje na nieprzyjemnych doznaniach świata wewnętrznego (o czerwonym krasnalu myślisz ciągle, gdy tylko ktoś powie ci byś o nim nie myślał - to, z czym walczysz nawet w myślach zawsze urasta do mega problemu). Depresja potrzebuje świadomej drogi przez siebie. Zamartwianie się, by można było cokolwiek terapeutycznego z nim zrobić, musi zostać usłyszane, zauważone, zrozumiane. A spory problem leży np. w atakowaniu głowy czarnymi myślami nocą. Ruminacje czyli wszelkie natrętne myśli osaczające system nerwowy atakują w porze snu, kiedy mózg co do zasady funkcjonuje gorzej; zniekształca. Dzień to czas aktywności i relaksu (święte jest dawanie sobie prawa do odpoczynku) a noc służy resetowi psyche i soma.

    Świat jednak pędzi do przodu gubiąc po drodze buty zdrowego rozsądku, prawa do odpoczynku i wypoczynku. Już w latach 60', 70' kiedy powstawała Uważność (teraz ruch Mindfulness) uczono ludzi wpływać na swoją fizjologię poprzez relaksowanie się zanim wyklują się w ich głowach zmartwienia. Bardzo wiele do zaproponowania osobom borykającym się z depresją ma do zaoferowania psychologia behawioralno-poznawcza, która nastawia na działanie, przeformułowywanie trudnych treści, odkrywanie w sobie dobrych stron, afirmowanie zalet, uczenie się trudnej sztuki akceptacji siebie. Abraham Maslow współtwórca psychologii humanistycznej dał też pewien przepis na szczęście w postaci ideału osoby samorealizującej się. W jego koncepcji taki człowiek akceptuje samego siebie bardziej niż przeciętni ludzie. Ta aprobata i akceptacja swej głębszej istoty umożliwia odważną percepcję natury świata i sprawia, że zachowanie staje się bardziej spontaniczne (mniej kontrolowane i zahamowane, mniej zaplanowane, mniej "chciane" i zamierzone). Taki ktoś mniej obawia się własnych myśli, nawet tych "zbzikowanych" lub potępienia. U Jacoba Moreno spontaniczność wyzwala kreatywność w człowieku, dzięki czemu staje się bardziej twórczy, odważny; jest w kontakcie ze sobą i swoim ciałem. Kiedy mniej się człowiek boi wyśmiania lub potępienia, tłumaczył Maslow, może sobie pozwolić na większą Morenowską ekspresję potencjału: na poddanie się jakiejś aktualnej emocji, skonfrontowanie z nią i przyzwolenie wewnętrzne na pełnię samego siebie.

    Na wiele zdarzeń w świecie nie mamy wpływu. Jesteśmy nieustannie konfrontowani ze zdarzeniami, na jakie nie da się przygotować np. ze śmiercią bliskich, naszych autorytetów czy ukochanych aktorów. Straty moralno-fizyczne to najmocniejsze z doznawanych. Im starsi jesteśmy, tym gorzej je znosimy. "Naskórek nosorożca" to mit lansowany w marketingowym wyścigu szczurów, dzięki któremu możemy zrobic wrażenie na jakimś pracodawcy, który szuka pracownika-twardziela do zadań specjalnych umiejętnie korzystającego z kawałka psychopatycznego, jaki każdy gdzieś w sobie nosi.

    Edith Lecourt pisze: "Istoty żywe są "brzęczące", swoim brzęczeniem zajmują dźwiękową przestrzeń. Tylko śmierć może położyć kres tej witalnej ciągłości dźwięku". Nawiązuje to do bycia melodią swojego istnienia i znaczenia muzykoterapii w leczeniu depresji. Muzyka jako że działa wszechstronnie na sferę emocjonalną, sensoryczną czy intelektualną o czym pisze E.Galińska (1973) jest świetną formą relaksacji i częścią artoterapii w ogóle. "Muzyka wpływa "psychotropowo" - uspokaja, usypia, rozluźnia, pobudza, aktywizuje, mobilizuje, działa antydepresyjnie, porządkująco i katartycznie". Muzyka skutecznie rozluźnia napięcie mięśniowe, wyzwala do osiągnięcia stanu odprężenia, uspokojenia, usunięcia presji - często wzrostu pobudzenia psychoruchowego, napięcia, napływu skojarzeń i myśli (w epizodach manii może być balansująca podwyższony nastrój spokojna muzyka klasyczna, w epizodach depresji podnoszący nastrój brazylijski jazz np. Stan Getz). Wpływ muzyki na modulowanie nastroju odblokowuje uczucia, aktywizuje i ułatwia ekspresję emocjonalną (krokiem naprzód jest nazywanie swoich emocji, dawanie sobie prawa do tzw. brzydkich emocji jak irytacja, złość, gniew, kontakt z własną agresją, wkurzeniem i dawanie upustu w granicach nieuwłaczających drugiemu człowiekowi).

    "Każda jednostka ma swoje własne brzęczenie, które stanowi część dźwiękowych cech jej tożsamości i może być szczegółowo określone przez jej bliskich: powłóczy nogami, trzaska drzwiami,, ma jakiś dźwięczny tik, przemyka bezszelestnie, zaciska gardło, głośno oddycha lub przezywa" (Edith Lecourt w: E.Galińska).

    Nie da się nie zachowywać, nie doświadczać, parafrazując Lecourt "nie brzęczeć". Muzyka może wychodzić naprzeciw potrzebie wydostania się ze stanu lęku, smutku czy zmartwienia. Należy szukać własnych otulen muzycznych (traktować muzykę trochę jak narzędzie pomocowe typu kocyk z książką). Dźwięk potrafi pokonać wszystkie nasze granice np. krzyk a uszy niestety przyjmują wszystko. Muzyka, którą sami sobie wybieramy stwarza nasz intymny mały świat, w którym pozwalamy by konkretny rodzaj w nas wnikał, przenikał, stanowił jakąś ochronę przed włamaniem się do niego. Dzięki muzyce nabywamy zdolności samouspokojenia się i doenergetyzowania, w chwilach spadku nastroju. Winnicott rozwija pojęcie "zdolności do bycia samemu", którą człowiek nabywa w podobny sposób, a która to chroni przed ogromem bodźców ze świata zewnętrznego.

    Więcej
  • Życie na huśtawce - o źródłach skrajnych zachowań osobowości borderline

    Zaburzenia osobowości z pogranicza to zaburzenie, które dotyka wg różnych danych od 1 do 3% populacji - więc, praktycznie rzecz biorąc, każdy z nas zna co najmniej jednego "bordera" lub "borderkę". Wśród pacjentów korzystających z opieki ambulatoryjnej odsetek osób borderline sięga 10–15%, natomiast wśród osób hospitalizowanych z powodu zaburzeń psychicznych dochodzi aż do 30–60% (American Psychiatric Association, 2000). 75% pacjentów z tym rozpoznaniem stanowią kobiety.

    Zachowanie pacjentek borderline bywa dramatyczne i spektakularne, przez co niejednokrotnie wywołuje wśród otoczenia bardzo silne emocje. Życie z "borderką" nie jest łatwe, trudno bowiem przewidzieć jej emocje i reakcje. Trudno samemu "ogarnąć" jej kruchość i delikatność z jednej strony; a z drugiej wybuchy złości, kłótliwość czy ryzykowne postępowanie. Jak rozumieć te wszystkie - sprzeczne - emocje i zachowania? Jak z nimi żyć? Czy można je w jakikolwiek sposób zmienić? Spróbuję odpowiedzieć na te pytania na podstawie założeń dwóch nurtów psychoterapii poznawczo-behawioralnej, które swoje zainteresowania kliniczne skupiają głównie na leczeniu pacjentek borderline - Dialektycznej terapii behawioralnej M. Linehan i Terapii zorientowanej na schematy poznawcze J. Younga.

    Termin borderline („z pogranicza”) został ukuty przez Adolfa Sterna w latach trzydziestych XX wieku, dla opisania osób, których funkcjonowanie zdecydowanie wskazywało na istnienie dolegliwości psychicznych, jednak obowiązujące wówczas kategorie psychiatryczne „nerwicy” i „psychozy” nie wystarczały do opisu tego rodzaju zaburzeń. Mianem „z pogranicza” zostały określone osoby zawieszone pomiędzy zaburzeniem psychicznym i nerwicą, a objawy, z powodu których cierpiały, Stern opisał jako „psychiczne krwawienie – paraliż w obliczu kryzysu”. Osoby zgłaszające się o pomoc, prezentowały objawy charakterystyczne zarówno dla zaburzeń lękowych (dawniej zaburzeń neurotycznych), jak i zaburzeń psychotycznych. Obecne kryteria osobowości „z pogranicza” odzwierciedlają wzorzec chwiejności i dysregulacji w sferze behawioralnej, poznawczej i emocjonalnej.Według klasyfikacji ICD-10 zaburzenie osobowości z pogranicza jest podtypem osobowości chwiejnej emocjonalnie, w DSM-IV-TR nie wyodrębnia się natomiast osobowości impulsywnej.

    Model poznawczo-behawioralny powstawania pogranicznych zaburzeń osobowości przedstawia Rycina 1 (za: Popiel, 2011). Jest to model typu podatność - stres; wystapienie objawów choroby ma miejsce wtedy, gdy na podatność jednostki nałożą się sytuacje kryzysowe. Podatność na zaburzenia osobowości typu borderline jest z kolei specyficzną kombinacją czynników biologicznych i środowiskowych, które omówię dokładniej w dalszej części artykułu. Wg modelu poznawczo-behawioralnego wydarzenie aktywizujące (czyli połączenie podatności z sytuacją kryzysową) powoduje myśli automatyczne charakterystyczne dla pacjentek borderline i typowy dla nich sposób przetwarzania informacji (np. selektywną uwagę czy myślenie dychotomiczne). To z kolei prowadzi do charakterystycznych konsekwencji: nadaktywności układu współczulnego, negatywnych emocji (złość, dysforia, lęk, smutek) i dysfunkcjonalnych zachowań (np. samookaleczenia, próby samobójcze, napady objadania się, nadużywanie alkoholu czy substancji psychoaktywnych)

    Dialektyczna terapia behawioralna (DBT)
    Terapia dialektyczno - behawioralna (Dialectical Behavior Therapy – DBT) powstała w celu pomocy osobom z zaburzeniami osobowości typu borderline i stanowi zaadaptowaną odmianę procedur stosowanych w terapii poznawczo - behawioralnej (CBT). Autorką podejścia jest Marsha Linehan. Dialektyczna terapia behawioralna należy do metod leczenia o największym zapleczu empirycznym dotyczącym skuteczności. Istnieją liczne publikacje, które wskazują na wysoką skuteczność tej metody przede wszystkim w redukcji zachowań samobójczych i samouszkodzeń u pacjentek z najbardziej przewlekłym zaburzeniem i myślami samobójczymi, oraz w zmniejszeniu spożycia alkoholu u osób z towarzyszącym nadużywaniem substancji psychoaktywnych. Nazwa dialektycznej terapii behawioralnej mówi o ścieraniu i jednoczeniu się przeciwieństw. Terapia dialektyczna skupia się na wymianie i negocjacjach pomiędzy terapeutą a klientką, pomiędzy racjonalnością a emocjami oraz pomiędzy akceptacją a zmianą.Terapeuta dialektyczny okazuje klientce pełną akceptację, ale jednocześnie wskazuje na konieczność zmiany jej dysfunkcjonalnych myśli, emocji i zachowań.Filozofia dialektyczna w odniesieniu do pacjentek borderline pomaga rozumieć ich objawy jako wyraz braku zdolności do syntezy swoich skrajnych emocji i działań, czyli znajdowania tzw. złotego środka. Celem nadrzędnym terapii jest więc usunięcie skrajności uczuć i działań tak charakterystycznych dla osób borderline oraz wahań pomiędzy idealizacją a dewaluacją.

    Wymiar „Emocjonalna podatność na zranienie – Samounieważnienie"
    W DBT przyjmuje się, że pograniczne zaburzenia osobowości to wynik interakcji dwóch czynników:
    a) biologicznych
    b) środowiskowych.
    Do czynników biologicznych zalicza się wysoką reaktywność emocjonalną i niesharmonizowane cechy temperamentu. Wysoka reaktywność emocjonalna u pacjentek borderline jest wynikiem nadaktywności jądra migdałowatego (za: Donegan, 2003) – odpowiada ono za wzbudzenie wegetatywne na bodźce ze środowiska i generuje takie emocje jak strach, panika, rozpacz, złość i agresja (reakcja „walcz albo uciekaj”). Marsha Linehan porównuje pacjentki borderline do osób z poparzeniami III° - nie mają one emocjonalnej skóry i to powoduje, że dopływające bodźce nawet o niewielkim nasileniu mogą być dla nich skrajnie bolesne.

    Osoby borderline cechuje nadwrażliwość emocjonalna, zaleganie negatywnych emocji i poważne problemy w regulacji emocji, zwłaszcza negatywnych. Łatwe wzbudzanie bardzo silnych emocji (głównie smutku i złości) i słaba umiejętność ich regulacji prowadzi do dezaptacyjnych sposobów radzenia sobie z przykrymi stanami: pacjentki często nadużywają alkoholu, objadają się czy samookaleczają. Brak sharmonizowanych cech temperamentu wynika z występowania u pacjentek jednocześnie dwóch sprzecznych zestawów cech:
    - impulsywność, poszukiwanie nowości, ryzykowne zachowania, niekonwencjonalne reakcje;
    - wrażliwość na dezaprobatę, potrzeba stałej, bezwarunkowej miłości i akceptacji.

    Cechy te w populacji osób zdrowych wzajemnie się wykluczają, dlatego ich kompilacja u osób borderline powoduje trudności w relacjach, które są albo niestabilne i nie dają poczucia bezpieczeństwa, albo są stabilne, ale brak im potrzebnej pacjentkom stymulacji. Czynniki środowiskowe z kolei to charakterystyczne dla rodzin i otoczenia pacjentek borderline, tzw. „unieważniające środowisko”. Pacjentki już od najmłodszych lat przejawiają skrajną wrażliwość emocjonalną, jako dzieci bardzo często płaczą, mają napady złości czy histerii, a ich reakcje na zachowanie innych są często wysoce nieadekwatne. Rodzice nie rozumieją tych problemów dziecka z regulacją emocji i zachowań i po prostu uważają, że jest ono niegrzeczne i nieposłuszne. Krytykują je więc i stawiają wymagania („Opanuj się”, „Bądź grzeczna”), ale też wycofują swoją aprobatę, gdy są niegrzeczne, i stosuję kary, w tym kary fizyczne. Unieważniające środowisko nie pomaga pacjentkom uczyć się regulacji emocji i podtrzymuje ich dysfunkcjonalne zachowania (jak samouszkodzenia, objadanie się, nadużywanie alkoholu). Jednocześnie środowisko takie prowadzi do samounieważniania się przez pacjentki. Samounieważnianie to bezwzględna, ostra samokrytyka – przyjęcie wobec siebie, takiej postawy jaką w dzieciństwie prezentowali rodzice. Powoduje to charakterystyczne dla pacjentek bordeline negatywne myśli na swój temat, jak np. „Jestem zerem”, „Nie zasługuję na miłość”, „Jeśli ktoś się do mnie zbliży, to zobaczy, jaka jestem naprawdę i mnie odrzuci”.

    Odpowiedzią osób bliskich na ten dylemat pacjentki powinna być wyważona oscylacja pomiędzy folgowaniem pacjentce a oskarżaniem jej. Z jednej strony powinniśmy zaakceptować pacjentkę, taką jaką ona jest i nie mamy żadnych podstaw, aby ją obwiniać za swój stan. Z drugiej jednak strony konieczność zmiany dysfunkcjonalnych zachowań jest oczywista, gdyż powodują ono ogromne cierpienie zarówno pacjentki, jak i jej otoczenia.

    Wymiar „Aktywna bierność - Pozorna kompetencja"
    Aktywna bierność to tendencja do podchodzenia do problemów w sposób bierny i bezradny oraz skłonność do domagania się pomocy od innych osób w środowisku, kiedy pacjentka przeżywa silne dolegliwości psychiczne. Zachowanie to wynika z faktu, że pacjentka nie nauczyła się w dzieciństwie, jak aktywnie i skutecznie rozwiązywać problemy i - obecnie - rzeczywiście nie posiada tej umiejętności. Pozorna kompetencja, jako przeciw-biegun aktywnej bierności, przejawia się w zachowaniu pacjentek borderline nieświadomym stwarzaniem przez nie pozorów, że są bardziej kompetentnw, niż ma to miejsce w rzeczywistości. Pozorna kompetencja wynika z tego, iż pacjentki intuicyjnie wiedzą, jak należy się zachowywać i co powinny czuć. Od dzieciństwa uważnie obserwują otoczenie i starają się naśladować „prawidłowe” zachowania – tego właśnie wymagają od nich przecież rodzice. Jednak nie maja umiejętności generalizacji kompetencji i - w zależności od nastroju, otoczenia i czasu - mogą całkowicie „zapominać” tego, czego już się nauczyły. Osoba borderline może np. być asertywna i przebojowa w pracy (gdzie ma poczucie kontroli), a w relacji ze swoim partnerem staje się ofiarą przemocy domowej (ponieważ czuje się zagubiona, boi się odrzucenia przez partnera oraz samotności). Może też zachowywać się całkowicie racjonalnie w gabinecie terapeuty, ale gdy wróci do domu, gdzie rodzice ciągle się kłócą, - traci panowanie nad sobą i dostaje napadu histerii lub złości.
    I tutaj także naszą pomocą może być wspierającej akceptacja, gdy pacjentka ewidentnie nas potrzebuje, na przemian z życzliwą konfrontacją i mobilizowaniem do samodzielnego działania, gdy wszystko wskazuje na to, że pacjentka jest w stanie sama poradzić sobie z daną sytuacją czy problemem.

    Wymiar „Nieuniknione kryzysy - Powstrzymywana żałoba" Nieuniknione kryzysy -tak M. Linehan nazywa wzorzec pozostawania przez pacjentki w stanie bezustannego nieuniknionego kryzysu, który jest spowodowany stresującymi, negatywnymi zdarzeniami i przeszkodami w środowisku. Niektóre z tych problemów wynikają z dysfunkcjonalnego stylu życia pacjentki, inne z unieważniającego środowiska społecznego, jeszcze inne mają charakter losowy lub przypadkowy. Można tu zaobserwować wzorzec błędnego koła: czynniki temperamentalne pacjentki powodują nieadekwatne reakcje emocjonalne, co powoduje liczne problemy interpersonalne i wokół pacjentki stopniowo tworzy się unieważniające środowisko. Pacjentka nadmiernie przeżywa więc stresy i problemy, a jednocześnie nie ma wsparcia w otoczeniu i znikąd nie widzi szansy na pomoc. Jej stan emocjonalny w związku z tym coraz bardziej się pogarsza, zachowania stają się coraz bardziej dysfunkcjonalne i nieadekwatne i - w ten sposób - błędne koło się zamyka. Powstrzymywana żałoba to zamrożenie lub nadmierne kontrolowanie negatywnych reakcji emocjonalnych, zwłaszcza związanych z żalem i stratą; w tym smutku, złości, poczucia winy, wstydu, lęku, paniki. Uczucia związane z żalem i startą mają swoje źródło w unieważniającym środowisku wokół pacjentki, a także w traumatycznych zdarzeniach w dzieciństwie. Grupa pacjentów z zaburzeniami osobowości typu boredrline osiąga najwyższe wskaźniki wśród pacjentów psychiatrycznych pod względem częstości występowania w dzieciństwie takich tragicznych zdarzeń jak: molestowanie i wykorzystywanie seksualne, maltretowanie fizyczne, znęcanie się, skrajne formy zaniedbywania dziecka, pozbawienie opieki rodziców i opieka instytucjonalna, śmierć któregoś z rodziców czy rozwód rodziców we wczesnym dzieciństwie. Dlatego bardzo ważną pomocą ze strony bliskich osób jest wspieranie pacjentki w zmierzeniu się ze stratami i traumatycznymi zdarzeniami, których doświadczała bądź nadal doświadcza w swoim życiu.

    Podczas psychoterapii dialektycznej pacjentka najpierw uczy się nazywania i rozumienia swoich problemów emocjonalnych i poznawczych, które leżą u podłoża zachowań dysfunkcjonalnych Podczas terapii ma też możliwość doświadczania i wyrażania reakcji żałoby, tak by już nie musiała się obawiać „zalegających” emocji. W ostatnim stadium, podczas tzw. treningu umiejętności, nabywa ona zdolności do lepszej regulacji emocji i tolerancji na stres, a także uczy się adekwatnych zachowań społecznych.

    Terapia zorientowana na schematy poznawcze (SFT, schema-focused therapy), została opracowana teoretycznie przez Jeffrey’a Younga i wywodzi się z terapii poznawczej Becka. Zakłada ona, że wczesne dezaptacyjne schematy poznawcze kształtują się w okresie dzieciństwa i przejawiają się za pośrednictwem zachowań, myśli i emocji. W odniesieniu do konkretnej sytuacji schematy i procesy schematu wyrażają się tak zwanym stylem schematu i odzwierciedlają obszary ważnych, niezaspokojonych w dzieciństwie potrzeb (głównie dotyczą deprywacji emocjonalnej oraz ułomności/opuszczenia). Young wymienia następujące style schematów obserwowane u pacjentek borderline:
    a) „brak obrońcy” - stosując ten styl pacjentka zamyka się w sobie i wycofuje emocjonalnie, pogrążając w odrętwieniu i uczuciu pustki. Samoukojenia szuka natomiast w nadużywaniu alkoholu lub objadaniu się
    b) „opuszczone dziecko” to odczuwanie przez nią bezradności, osamotnienia i zagubienia
    c) „rozgniewane dziecko”- pacjentka w tym stanie jest agresywna, ma napady złości lub zachowań autodestrukcyjnych. Styl "rozgniewanego dziecka" wynika oczywiście ze wspomnień odrzucenia oraz zaniedbań i nadużyć w dzieciństwie
    d) „karzący rodzic” - przejawianie przez pacjentkę bezwzględnego, ostrego samokrytycyzmu (można go porównać do „samounieważnienia” w języku Linehan), który może prowadzić do zachowań autoagresywnych.

    W terapii pracuje się nad niedostatecznie rozwiniętym stylem „zdrowego dorosłego” –wzorem tego stylu jest dla pacjentki początkowo terapeuta. „Zdrowy dorosły” zaspokaja potrzeby i opiekuje się „opuszczonym dzieckiem”; stawia granice „rozgniewanemu dziecku” i redukuje krytycyzm „karzącego rodzica”. Można powiedzieć, że „pozorna kompetencja” z dialektycznej terapii behawioralnej to próba zastosowania właśnie stylu „zdrowego dorosłego”, niestety zakończona niepowodzeniem, ponieważ pacjentka nie posiada wewnętrznych mechanizmów kierujących tym stylem, a jedynie naśladuje osoby z otoczenia społecznego.

    Podczas terapii zorientowanej na schematy pacjentki uczą się, jak zatrzymać błędny styl radzenia sobie i tryby, które blokują kontakt z uczuciami. Dzięki zaspokojeniu potrzeb emocjonalnych w relacji terapeutycznej i poza nią mogą doświadczyć „uzdrowienia” schematów i podatnych na zranienie trybów. Stopniowo nabywają umiejętność włączanie rozsądnych granic dla złości, impulsywnych lub nadkompensujących schematów i trybów oraz uczą się walki ze zbyt krytycznymi lub wymagającymi schematami i trybami, i -jak napisano wyżej- uczą się budować zdrowe schematy i tryby.

    Podsumowując, osobowość borderline jest dużym wyzwaniem i dla pacjentki, i dla jej otoczenia. Droga do wyzdrowienia jest dość długa, ale możliwa. Dzięki zrozumieniu mechanizmów zaburzenia i pomoc pacjentce w pracy nad nimi, stopniowo możemy w pełni odzyskać bliską nam osobę. Wrażliwą, tak jak dziś, ale i silną zarazem. Może dla tego celu warto zaakceptować obecną nie-stabilność?...

    Bibliografia:
    First M.B., Gibbon M., Spitzer R.L., Williams J.B, Benjamin L.S. Ustrukturalizowany Wywiad Kliniczny do Badania Zaburzeń Osobowości z Osi II DSM IV (SCID-II). Pracownia Testów Psychologicznych, Warszawa 2010. Klasyfikacja Zaburzeń Psychicznych i Zaburzeń Zachowania. ICD-10. Badawcze Kryteria Diagnostyczne. Vesalius, Kraków 2000. Linehan M. Zaburzenie osobowości z pogranicza. Terapia poznawczo-behawioralna. Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2007. Madej A. Techniki i metody poznawczo-behawioralne w terapii schematu zaburzeń osobowości. w: Psychoterapia 1 (152) 2010, Kraków 2010. Popiel A., Pragłowska E. Psychoterapia poznawczo-behawioralna - teoria i praktyka. Paradygmat, Warszawa 2008. Popiel A., Zaburzenie osobowości z pogranicza - wyzwanie terapeutyczne. w: Psychiatria, Tom 8, Nr 2 (2011), Via Medica, Gdańsk 2011.

    Więcej